Tam byłam ... Targi Beauty Fair 2017

Targi kosmetyczne to świetne wydarzenie nie tylko dla ludzi z branży beauty. Staram się przynajmniej 2 razy w roku na takie targi się wybrać. Moimi targami nr 1 są targi w Krakowie, ale niestety w tym roku w Krakowie nie mogłam się pojawić. Za to w minioną sobotę  25.11.2017 odwiedziłam Katowice gdzie odbywały się 17 Branżowe Targi Kosmetyczne Beauty Fair
Na targach Beauty Fair byłam drugi raz i zdanie mam bardzo podobne jak w zeszłym roku <relacja klik>. Jak dla mnie są to bardziej targi fryzjerskie i kilka rzeczy moim zdaniem jest do poprawy. Niby wystawców dużo (fryzjerskich zdecydowanie najwięcej), ale brakowało mi takiego podzielenia stoisk. Uważam, że dla odwiedzających lepsze jest podzielenie hali na jakby 3 mniejsze części: kosmetyczną, paznokciową i fryzjerską
Bo wszystko było wymieszane, a plan targów gdy ktoś nie pobrał aplikacji mobilnej był jedynie przy wejściu. Co do wejścia to też mam małe zastrzeżenie. Ja otrzymałam wejściówkę od organizatora targów ze względu na to, że podczas targów odbywało się dość nietypowe spotkanie blogerek. Jednak przy wejściu od strony Spodka okazało się, że z moim biletem niestety nie mogę wejść tym wejściem tylko jakby głównym od innej strony. Niby nie było to daleko, ale jednak nie fajnie, że tak zrobili. Z rzeczy, które jeszcze mi się nie podobały to płatna szatnia - 2 zł za kurtkę i 5 zł za bagaż czy targowe zakupy. Uważam, że jest to zdzierstwo i czegoś takiego absolutnie nie powinno być.

Poza tym wszystko inne na plus. Ludzi dużo, ale jakiś mega tłumów nie było. Dużo ciekawych pokazów, prelekcji no i samych wystawców choć nie wszyscy potrafili zagadać klienta. Bardzo dziwnie poczułam się przy stoisku Skin79 kiedy to nikt nie zwrócił na mnie uwagi, a wręcz miałam wrażenie, że uciekają gdzieś wzrokiem. Za to zupełnie inaczej było u Paul Mitchell, Neonail czy Silcare. Otwarci ludzie pełni pasji i chęci pomocy ;)

Tak jak już wspominałam podczas targów odbyło się również spotkanie blogerek -Meet Bloggers. Było to dość nietypowe spotkanie ponieważ opierało się głównie na zwiedzaniu targów, a nie na jedzeniu i pogawędkach ;p Jednak było miło i zdecydowanie za krótko. Oto my piękne, młode, przebojowe ;)
A wszystko za sprawą Aleksandry z bloga Świat Aleksandry ;)
W spotkaniu udział wzięły jeszcze:

Uważam, że to była bardzo udana sobota tym bardziej, że spotkałam się jeszcze z neonkiem blogosfery, czyli Anią z B. Loves Plates ;)
 Ale o tym już Wam nie opowiem ;p

Dodam tylko, że z targów nie wyszłam bez zakupów i prezentów od partnerów spotkania. Ale co dostałam pokażę Wam w osobnym wpisie ;)
 Przyznać się kto z Was jeszcze był na katowickich targach  ?;>

Eveline Lip Elixir 8w1 cranberry

Eveline to jest mistrz w obiecywaniu. Czego oni to nie wypisują i nie naobiecują na opakowaniu. A rzeczywistość bardzo często już tak różowa jak zapewnienia producenta nie jest. I dziś opowiem Wam o takim właśnie produkcie marki Eveline, a konkretnie o olejku do ust  Lip Elixir 8w1
Skoro Eveline to oczywiście ileś tam w jednym. Tutaj skromnie, bo tylko 8, ale znamy produkty tej firmy typu 10w1 czy więcej. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że jest to najzwyklejszy olejek do ust. Ale nie!  To coś więcej ;p
Wg producenta to eliksir, który zrobi wszystko żeby nasze usta były nawilżone, zregenerowane, ujędrnione, wygładzone, pozbawione zmarszczek, a także z poprawionym konturem i chronione przed złą pogodą
No typowe 8w1 ;) Obietnice są cudowne i jeszcze te podkreślenie jakie to drogocenne oleje ten eliksir zawiera! No cud, miód, malina, a  raczej żurawina, bo mój olejek to wersja żurawinowa.
No niestety skład już tak bajeczny nie jest, bo jak się okazuje główne skrzypce gra tutaj parafina. I żeby nie było  - ja do parafiny obecnej w kremach do rąk, balsamach do ciała czy pomadkach ochronnych nic nie mam, ale gdy produkt z cennymi olejami kosztujący ok 15 zł ( a może i więcej) ma na drugim miejscu  parafinę i wysoko substancję zapachową to czuję się oszukana!!!
Ale nie tylko skład mnie zawiódł mimo, że nie jest jakiś tragiczny. Na opakowaniu jest takie oto zdjęcie, które wg mnie sugeruje, że olejek ten nadaje ustom kolor. W tym przypadki piękny róż ...
No niestety, ale to kolejne kłamstwo producenta. Olejek jest bezbarwny i jedyne co robi to nadaje charakterystyczny oleisty "kolor", nawet nie lustrzany tylko właśnie oleisty, lekko sklejający usta ;/ 
Aplikator i wygląd olejowego - parafinowego - błyszczyku  jest tradycyjny i niczym szczególnym się nie wyróżnia. 
Ma przyjemny, ale sztuczny zapach, natłuszcza usta, lekko je skleja i nic poza tym nie robi;/  Nic, a kosztuje ok 15 zł ;/

A najbardziej rozśmieszyła mnie obietnica pokazana niżej
Naprawdę nie sądziłam, że Eveline ma aż takie poczucie humoru! Ekstremalny efekt w 5 minut w tym nawilżenie, ujędrnienie i powiększenie ;/

Bujdy na resorach!!! Tak to podsumuję. 

Ja całe szczęście tego olejku nie kupiłam, bo poczucie humoru mam, ale nie aż takie jak Eveline ;p 

Olejek do kąpieli Farmona Buriti

Lubię wszystko co umila kąpiel. Jako znak wodny (kto zgadnie jaki ?;>) uwielbiam spędzać czas w wodzie i po ciężkim dniu najlepiej wypoczywam w wannie jednak na wakacje preferuję góry niż morze ;p 
Na mojej wannie stoi bardzo dużo przeróżnych płynów i żeli do kąpieli. Swoje miejsce ma tam również olejek do kąpieli Farmona Buriti
 Nawet nie wiedziałam, że olej Buriti to najlepsze lekarstwo na poparzenia słoneczne oraz AZS. Ogólnie przyznam, że wcześniej o Buriti nie słyszałam i dopiero ten natłuszczający olejek do kąpieli skłonił mnie do poszerzenia wiedzy ;) Producent swój kosmetyk poleca wszystkim rodzajom skóry a zwłaszcza tym suchym i zniszczonym.
Ja przyznam szczerze, że za typowymi olejkami do kąpieli nie przepadam, bo zawsze się boję, że rozwalę sobie głowę na śliskiej z oleju powierzchni i nie lubię domywać wanny po takiej olejowej kąpieli. Za to wszelkie oleje i olejki do twarzy i ciała bardzo lubię i jak wiecie moja pielęgnacja się na nich opiera.
Wracając jednak do natłuszczającego olejku Buriti od Farmony to polubiłam się z nim przy czym bardzo uważam na ilość wlewaną do wanny. Bardzo łatwo można przesadzić, a że olejek zostawia film to nie każdy lubi być lepki po kąpieli, prawda ? Ja dodaję go odrobinę, ale i tak cieszę się pięknym zapachem i lekko różową wodą, a także delikatną pianą. Skład nie jest zły jednak parafina dość wysoko w składzie sprawia, że gdy przesadzimy z ilością to mamy uczucie oblepienia i takiego zaklejenia skóry
Ogólnie uważam, że jest to fajny kosmetyk niekoniecznie myjący, ale właśnie natłuszczający, czyli taki jak określa go producent. Myślę, że osoby z suchą, łuszczącą i atopową skórą będą z niego zadowolone oczywiście jeśli nie przesadzą z ilością. Zapach - słodki, owocowy i taki inny uprzyjemnia chwile spędzone w kąpieli ;) Jeśli gdzieś np. w drogerii Endorphine spotkacie ten żel to skuście się zwłaszcza teraz w okresie jesienno-zimowym, bo na lato będzie zdecydowanie za ciężkim kosmetykiem no chyba, że po kąpieli słonecznej zregeneruje Wam skórę. Ale tego na 100% obiecać nie mogę ;)
Znacie kosmetyki do kąpieli Farmona ?

Paul Mitchell Tea Tree special

Moje włosy są kapryśne, a moja skóra głowy problematyczna. Co ciekawe mimo, że skóra kocha kosmetyki naturalne to niestety włosy się z dobrymi składami nie dogadują. W swoich zbiorach mam obecnie ok 10 szamponów w tym 4 w użyciu, bo moje włosy lubią urozmaiconą pielęgnacje, a że myję je codziennie to muszą mieć wybór. Duży wybór ;p 
Opowiem Wam dziś o duecie Paul Mitchell Tea Tree, który to przywraca ład i porządek gdy moje włosy same nie wiedzą czego chcą ;)
Szampon Tea Tree special bardzo przypadł mi do gustu i jest ratunkiem gdy włosy i skóra głowy zaczynają warować i nic im nie odpowiadam
Szampon ma przede wszystkim oczyszczać i orzeźwiać skórę głowy oraz dodawać blaski i witalności włosom. I wszystko to co zapewnia producent robi 
Jest to szampon bardzo gęsty o świeżym charakterystycznym zapachu. Kto zna zapach olejku z drzewa herbacianego wie, że jest on specyficzny. Ten szampon pachnie nie tylko olejem, ale też miętą. Zapach faktycznie jest orzeźwiający, a uczucie mrowienia i delikatnego chłodzenie potęguje to ;) Wiem, że nie każdy lubi takie doznania, ale akurat dla mnie to na plus. Szampon doskonale oczyszcza i przez to idealnie sprawdzi się przy włosach tłustych czy z tendencją do przetłuszczania. Ja przez to, że włosy myję codziennie ten szampon używam co 2/3 dni. Włosy po umyciu są pełne blasku, witalności, są odbite ale nie napuszone, elastyczne i sprężyste. Dokładnie takie jak lubię. A skóra głowy jest ukojona, a podrażnienia złagodzone. Ten szampon przynosi mi ulgę i równowagę mimo, że skład wcale rewelacyjny nie jest.
Zresztą sami zobaczcie jak wysoko jest substancja zapachowa! w sumie wszystkie dobre rzeczy są dopiero po niej ;/ Ale mimo wszystko ten szampon bardzo mi służy, pomaga zwalczać łupież i ogólnie bardzo moim włosom pasuje, a przecież właśnie o to chodzi, prawda ?

Jest to produkt bardzo wydajny dlatego wart jest on swojej ceny. 
Zainteresowani kupią go w dobrych salonach fryzjerskich jak np. salon Haircoccon w Katowicach na ul. Żwirki i Wigury oraz w sklepie internetowym miasto włosów ;)

Oczywiście do szampon z tej samej serii jest odżywka orzeźwiająca Paul Miitchell Tea Tree special conditioner
Podobnie jak szampon jest ona bardzo gęsta i ma specyficzny zapach. Jak dla mnie i mojego nosa ta odżywka już tak przyjemnie nie pachnie, na szczęście zapach dość szybko się ulatnia. Odżywka nie obciąża włosów, ładnie je rozplątuje, zmiękcza i nabłyszcza. Ma też o wiele lepszy skład
Tutaj wszystkie ekstrakty s dość wysoko w składzie ;)

Oba produkty dobrze się u mnie sprawdzają przy czym do szamponu z przyjemnością wrócę, a z odżywką się lubię, ale to nie do końca jest to czego oczekuję od odżywek do włosów.

Dajcie znać czy znacie kosmetyki Paul Mitchell i jeśli tak to jak się u Was sprawdzają ;)

Bell Perfect Lipstick nr 03 forest fruits trwała pomadka matowa

Kosmetyki Bell dostępne w szafach biedronki to bardzo często makijażowe cuda. Chyba każda wypuszczana seria w fankach makijaży wywołuje ogólny zachwyt i chęć poznania tych kuszących nowości. 
Ja jako podkłado- i pomadkomaniaczka najbardziej poluję na nowe podkłady i pomadki. I mimo,że z podkładami Bell nie do końca potrafię się dogadać to ich pomadki lubię. W sierpniu pojawiła się nowa seria Bell, a w niej pomadki Perfect 
Co prawda za kolorami nude na ustach nie przepadam, ale skusiłam się na dwa odcienie przy czym dzisiaj opowiem Wam tylko o pomadce nr 03, którą producent nazwał cudnie - forest fruits
 Jest to przepiękny odcień burgunda, który moim zdaniem prezentuje się cudownie zwłaszcza u posiadaczek ciemnych włosów. Wiem, że nie każda kobieta dobrze się czuję w takim kolorze, ale ja jak wiecie przepadam za mocnymi ustami i noszę takie pomadki nie tylko na wieczorne wyjścia. W sumie czerwień i wszystkie pochodne czerwieni na ustach to mój znak rozpoznawczy
Pomadka jak wspomina producent ma matowe wykończenie i trwałą formułę. Jednak nie jest to do końca taki płaski mat. Jak dla mnie pomadka ma satynowe wykończenie chociaż formułą przypomina pomadki matowe tzn. zastyga na ustach i powoduje delikatne ściągnięcie
Zaokrąglony kształt niestety nie sprzyja aplikacji. Ta pomadka wymaga wprawy i raczej nie polecam jej ( a już na pewno tego koloru) osobom mającym problem z malowaniem ust. Pigmentacja jest dobra, ale jak widać na powyższym zdjęciu pomadka nierównomiernie pokrywa usta przez co tworzy się trochę taki naturalny efekt ombre. Mnie to nie przeszkadza, ale na pewno znajdą się osoby, które uznają to za duży minus. Jeśli chodzi o trwałość to bez jedzenia tłustych potraw jest naprawdę dobrze. U mnie śmiało wytrzymuje 5 godzin i to z piciem kawy ;p Na ustach prezentuje się obłędnie ;)
Dobrze się w niej czuję i uważam, że ten kolor jest stworzony dla mnie ;)
A jak Wam się podoba ?;>
Czy przesusza usta ? trochę tak, ale nie jest to przesuszenie prowadzące do pękania warg. Jak każda pomadka matowa trochę usta przesusza i da się ją na nich odczuć. Dlatego też nie noszę jej codziennie (wszak inne pomadki by mi tego nie darowały ;p), ale bardzo chętnie do niej wracam ;)

Tak jak wspominałam mam jeszcze nr 01 - perfect nude, ale niestety mimo, że jest to piękny delikatny, lekko brudny róż to kompletnie do mnie nie pasuje.
W dodatku źle się w nim czuję, bo wyglądam tak mdło i bez wyrazu. Zdecydowanie nie mój kolor chociaż otoczenie twierdzi, że wcale tak źle nie jest. Jednak ja zostanę przy moich leśnych owocach, które na moich ustach wyglądają pysznie ;p 

Kosmetyczna pomyłka - czekoladowy mus do ciała Organic Shop

Fanką czekolady nie jestem i nigdy nie byłam. Zdecydowanie wolę serniczek niż tabliczkę czekolady ;p Ale jesień, a zwłaszcza listopad to czas gdy sięgam po czekoladowe kosmetyki. W tym roku zaufałam marce Organic Shop i skusiłam się na ich odżywczykrólewski - czekoladowy suflet do ciała
Suflet do ciała ... jak to brzmi! I jeszcze do tego królewski! ;) 
Chociaż w wersji polskiej już nie ma nic o suflecie tylko o musie czekoladowym. 
A mus czekoladowy to ja bardzo lubię, prawie tak samo jak sernik ;p 
Producent obiecuje dobroci dla ciała i zmysłów ...
Szkoda tylko, że zapomniał wspomnieć o tym jak bardzo ten kosmetyk brudzi i że pozostawia ciemny - brudny film ;/ Ba! on brudzi wszystko czego dotknie: piżamę, pościel, ręczniki nawet wannę ;/ dramat!
Sami zobaczcie różnicę pomiędzy skórą posmarowaną a nieposmarowaną. Można by na upartego twierdzić, że jest to balsam brązujący, ale on tak smuży i tak nierównomiernie się nakłada, że nie ma szans na bycie balsamem brązującym
Do tego trwale brudzi dłonie, które potem trudno domyć mydłem ;/
Jedynym jego plusem jest zapach - faktycznie pachnie jak prawdziwa czekolada. Nie sztucznie, nie chemicznie tylko naturalnie niczym ciemne kakao. Bardzo przyjemny i otulający zapach. Konsystencja też jest ciekawa - taka budyniowa.

 Ale trzeba się do niej przyzwyczaić i nauczyć używania tego musu. Nie zdziwcie się jeśli kilka razy wam to masło spadnie zanim je rozsmarujecie na skórze ;/ Niestety łatwy w aplikacji to to kosmetyk nie jest ;/ 
Jednak zdecydowanie wolę kremowe, ewentualnie musowe konsystencje,a nie takie galaretowato-budyniowe ;/ 
Skład niby ok, ale  jak na produkt organiczny to mógłby być lepszy
Aqua, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Butyrospermum Parkii Butter, Caprylic/Capric Triglyceride, Glycerin, Cyclopentasiloxane, Olea Europaea Fruit Oil*, Hydrolyzed Milk Protein, Theobroma Cacao Seed Butter*, Simmondsia Chinensis Seed Oil*, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Ceteareth-20, Ceteareth-12, Cetyl Palmitate, Benzyl Alcohol, Ethylhexylglycerin, Sodium Hydroxide, Parfum, CI 16255, CI 15985, CI 19140, CI 42090, CI 14720. 

* - składniki organiczne pochodzące z upraw ekologicznych

Co do działania to trudno mi je określić, bo ten "balsam" ciężko się wchłania i skóra cały czas pokryta jest brązową mazią, która tak mnie drażni, że po balsamowaniu musiałam  znów się umyć, bo wyglądałam jak mulat w białe smugi. No tragedia! Jak dla mnie ten produkt to kompletne nieporozumienie!!! Mam go nałożyć na czystą i suchą skórę, po to żeby za chwilę go zmyć ?;/
Jeszcze jakby producent wspomniał cokolwiek o właściwościach brązujących (choć bardziej pasuje brudzących) to każdy by się zastanowił. Przynajmniej ja bym się na pewno zastanowiła, bo do balsamów nadających kolor podchodzę z dużą rozwagą. A tak kupiłam produkt który kompletnie nie da się użyć. 
Jeszcze cena... to wcale nie jest tani kosmetyk! Za 450 ml zapłaciłam ponad 30 zł!!! I teraz te 30 zł leży i za żadne skarby świata nie da się ich wykorzystać przynajmniej przeze mnie ;/

Jestem tak zła i poirytowana, że na kosmetyki Organic Shop już nawet nie spojrzę choćby cuda robiły. Czuję się oszukana i mimo, że kosmetyk pięknie pachnie to go nie polecam, a wręcz odradzam!

Bielenda Multi Essence 4w1

Toniki, hydrolaty, przeróżne wody czy płyny kwiatowe do przemywania twarzy. To już wszystko było. Teraz w mojej kosmetyczce króluje multiwitaminowa esencja do cery mieszanej Bielenda Multi Essence 4w1
Zdecydowanie jest to moje kosmetyczne odkrycie roku i z czystym sumieniem mogę te esencje polecić każdemu! Esencja z Bielendy to coś więcej niż tonik. To połączenie toniku z kremem i serum. Produkt o fenomenalnym działaniu pielęgnacyjnym i fantastycznym wręcz  cudownym składzie. Producent obiecuje wiele, ale ten produkt wszystkie te obietnice spełnia! Wszystkie!
Skóra już po pierwszych 2/3 użyciach jest zadowolona i zdecydowanie piękniejsza. Wersja do cery mieszanej niesamowicie koi skórę, łagodzi podrażnienia, delikatnie rozjaśnia, idealnie nawilża i przyspiesza gojenie niedoskonałości! A do tego szybko się wchłania, nie pozostawia klejąc warstwy i w ogóle jej nie czuć na skórze! Nic a nic! Mało tego rewelacyjnie współgra z olejami i zapewnia idealną pielęgnacje zarówno rano jak i wieczorem. 
Latem zastępowała mi krem na dzień!!! i w przyszłym roku chyba też jej zaufam w tej kwestii ;)  A zobaczcie jaki cudowny skład ma!
I to kosmetyk drogeryjny, dostępny w  większości drogerii. Wersję do cery mieszanej dostałam na Meet Beauty <relacja klik>, ale kolejne kupiłam w drogerii Endorphine i to za jakieś 15 zł!!! 

Jestem oczarowana tym produktem i już mam kupione kolejne buteleczki tego magicznego płynu, a wiem, że na 100% będą kolejne ;)

Znacie esencje Bielenda ? Jeśli nie to poznajcie, bo dużo tracicie ;)

Eveline Liquid Control HD

Gdy Catrice wypuściło podkład z pipetką  HD Liquid Coverage <recenzja klik> blogosfera oszalała. Sama  - jako podkładomaniaczka nie mogłam się doczekać aż się z nim poznam osobiście. Poznaliśmy się dokładnie rok temu i nadal jestem tym podkładem oczarowana. Dowodem na to jest fakt, że obecnie używam 3 albo nawet 4 buteleczkę. Nie zdziwił mnie fakt, że inne firmy "zainspirowały" się fenomenem Catrice i same stworzyły swój podkład idealny. 

Eveline jest jedną z takich firm. Zaraz po wakacjach w drogeriach pojawił się odpowiednik słynnego podkładu Catrice - Eveline Liquid Control HD
Wszystko jest bardzo podobne -szklana buteleczka z matowego szkła, z tym, że ta z Eveline jest smuklejsza, piptka oraz bardzo podobną wręcz identyczną szatą graficzną - nawet ten czarny kwadracik z informacją o 24h formule jest!!!
Przypadek ? nie sądzę! ;p
Obietnice producenta też są identyczne
Różnica jest w kolorystyce. Catrice oferuje nam jedynie 4 odcienie, z czego najjaśniejszy owszem jest jasny, ale bardzo jasne karnacje i tak nie będą zadowolone. Za to Eveline oferuje aż 6 kolorków w tym bardzo jasne.
Ja wybrałam nr 015 - light vanilla i jest to piękna jasna, żółta wanilia. Kolor jak dla mnie jest idealny i co bardzo ważne na mojej skórze nie ciemnieje i nie idzie w pomarańczowe tony!
Konsystencja tak jak zapewnia producent jest lekka i lejąca, bardzo kremowa. Nie jest to podkład zastygający, ale mimo wszystko trwały. Krycie ma dobre i tak jak zapewnia producent  można je budować.

Wykończenia jak dla mnie jest satynowe - co akurat bardzo lubię. Podkład faktycznie daje efekt baby face, czyli cera jest promienna, kolor ujednolicony i co ważne nie ma efektu maski. Ta formuła jest tak lekka i tak ładnie się wchłania,że aplikacja palcami jest bezproblemowa.
Zobaczcie jak pięknie się wtapia. Efekt bez i z lampą błyskową.
  Bardzo komfortowo się go nosi przez calutki dzień choć po kilku godzinach można się trochę świecić. To długie matowienie jest zdecydowanie przesadzone. Mimo, że nie lubię gdy firmy tak od siebie "zżynają" to ten podkład bardzo polubiłam za to że wygląda naturalnie, ładnie kryje i sprawia, że niedoskonałości są niewidoczne. Do tego jest lekki, nie zapycha  i nie podkreśla zmarszczek czy rozszerzonych porów. Zresztą sami zobaczcie jak ładnie prezentuje się na problematycznej cerze
Uważam,że wart jest poznania mimo sporej ceny - kosztuje ok 40 zł bez promocji. Jednak mimo tych wszystkich zalet gdybym miała wybierać pomiędzy nim a Catrice to i tak wybrałabym Catrice HD Liquid Coverage <recenzja klik> ;) A Wy już poznaliście nowy podkład Eveline inspirowany słynnym Catrice ?;>

OnlyBio micelarny płyn z biosurfaktyną

Znacie naturalne kosmetyki OnlyBio laboratorium Naturella ? Ja ich nie znałam, ale że ofertę mają bogatą (znajdziemy tutaj kosmetyki dla dzieci i dorosłych oraz naturalne produkty do czyszczenia domu) i ciekawą z przyjemnością przetestowałam micelarny płyn do demakijażu twarzy z naturalną biosurfaktyną z rzepaku. Brzmi ciekawie ? Zapraszam na recenzję ;)
Pewnie ciekawi Was co to takiego ta biosurfaktyna. Jest to substancja myjąca (oczyszczająca) pochodząca z rzepaku, którą wytwarzają mikroorganizmy w procesie fermentacji. Substancja ta jest nietoksyczna, bakteriobójcza i co najlepsze biodegradowalna! Chyba jeszcze żadna firma (poza Laboratorium Naturella) nie ma w swojej ofercie produktów z biosurfaktyną. 
Micelarny płyn do demakijażu OnlyBio znajduje się w porządnej butelece z pompką wykonanej z ciemnego, matowego szkła. Butla jest solidna i ciężka, co bardzo rzadko zdarza się w przypadku kosmetyków do demakijażu. Na wyjazd raczej się nie nadaje, ale za to w łazience prezentuje się pięknie ;)
Pompka jest spora i mimo, że działa bez zarzutu to moim zdaniem dozuje za dużo produktu i lubi go wyrzucać za daleko. Sam płyn jest bezbarwny i ma specyficzny zapach. Nie jest to nic nieprzyjemnego, ale też nie nazwałabym go miłym. Jest specyficzny i trzeba się do niego przyzwyczaić. Obietnice producenta w pełni są spełnione:
Płyn rewelacyjnie radzi sobie z demakijażem. Robi to szybko, skutecznie i co najlepsze bez podrażnienia. Skóra po demakijażu jest uspokojona, czysta i pięknie nawilżona. Płyn nie wymaga spłukiwania choć ja jeszcze po nim myje twarz żelem mimo,że już żadnych zabrudzeń nie ma. Rano sam micel wystarczy ;)  A skład tego micela naprawdę imponuje
Zero niepotrzebnych składników. Aż 99,8% to składniki pochodzenia naturalnego. pięknie prawda ?

Płyn skradł moje serce i bardzo żałuję, że się skończył. Bo niestety skończył się bardzo szybko. To jedyna jego wada - nie jest wydajny ;(

Ogólnie micel OnlyBio świetnie się u mnie sprawdził i z przyjemnością poznam inne kosmetyki z oferty Laboratorium Naturella. Jeśli chcecie poznać te naturalne kosmetyki z mało znaną biosurfaktyną to zajrzyjcie na stronę producenta oraz do e-sklepu gdzie bez wychodzenia z domu kupicie bezpieczne i w pełni naturalne kosmetyki ;) 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...