Evree Ocean Velvet intensywnie wygładzające serum do rąk

O kosmetykach Evree jest ostatnio dość głośno. Firma dba o swój wizerunek i nie pozwala o sobie zapomnieć. Oferta poszerza się systematycznie.
 Mnie firma trochę do siebie zraziła jednak nie powiem ich niektóre kosmetyki mam na wishliście. Jednym z takich produktów było wygładzające serum do rąk Evree Ocean Velvet z algami
Producent zapewnia intensywne wygładzenie, zmiękczenie, uelastycznienie oraz poprawę sprężystości skóry dłoni
Przyznam szczerze, że ja bardziej w produktach do rąk szukam obietnic nawilżenie, regeneracji i odżywienia przez co moja skóra ma być miękka, elastyczna i gładka. Tutaj co dziwne producent nie wspomina o tym ani słowem. Za to obiecuje, że skład w 68% jest naturalny i faktycznie składowo to serum jest jak najbardziej ok. Skład owszem jest długi, ale bogaty w oleje, masła oraz ekstrakty. Konsystencja jest kremowa, ale trochę tępa, ale ładnie się wchłania i tak jak zapewnia producent krem tzn serum nie pozostawia tłustej czy lepkiej warstwy za co duży plus
Początkowo serum to (chociaż jak dla mnie nie jest to serum, a zwyczajny krem) stosowałam na noc jednak po kilku dniach zauważyłam, że moje dłonie są przesuszone. No niestety to "serum" mimo dobrego składu nie zapewnia moim dłoniom odpowiedniej pielęgnacji nocnej. Owszem w ciągu dnia jak najbardziej jest to dobry krem, który błyskawicznie się wchłonie, ładnie skórę wygładzi, optymalnie nawilży, sprawi że dłonie staną się jaśniejsze i elastyczniejsze jednak na noc jest niewystarczające ;/ Dla mnie to nie jest żadne serum tylko dobry krem do rąk odpowiedni do stosowania w ciągu dnia ;) Nic poza tym.
Cenowo nie wypada on aż tak korzystnie, bo za 50 ml trzeba zapłacić ok 7/10 zł co jest dość wysoką ceną. Osobiście już na pewno do tego kosmetyku nie wrócę i nie wiem czy skuszę się na inne kosmetyki do pielęgnacji dłoni tej marki.

Jaki jest wasz stosunek do kosmetyków Evree ? ;>

Joanna ULTRAPLEX color pielęgnacyjna farba do włosów nr 1.0 głęboka czerń

Włosy farbuję co miesiąc już od kilkunastu lat. Testowałam wiele farb, ale zawsze wracam do farb Joanna, bo moim zdaniem najlepiej wyglądają na moich włosach. Dlatego też gdy dowiedziałam się, że firma Joanna wypuszcza nowe farby do włosów z serii ULTRAPLEX bez wahania zgodziłam się na przetestowanie.
Szampon z tej serii bardzo dobrze się u mnie sprawdził <recenzja klik> więc byłam ciekawa jak będzie z farbą do włosów. Producent o swoim nowym produkcie pisze wiele dobrego

Do wyboru jest 12 odcieni. Ja zdecydowała się na - nr 1.0- głęboką czerń, bo czarny to ostatnio mój ulubiony kolor (choć nie wszystkim w tak ciemnym kolorze się podobam. No cóż trudno... życie ;))

W zestawie poza farbą i 6% utleniaczem znajdziemy jeszcze aktywator i stabilizator. Oczywiście są jeszcze rękawiczki i szczegółowa instrukcja ;)
Jako, że farba ma też działanie pielęgnacyjne - ma głęboko włosy regenerować i odbudować uszkodzone mostki dwusiarczkowe to łączymy aktywator z utleniaczem i farbą. Sam aktywator jest żelowy i sprawia, że farba ma rzadką konsystencję. Nie jest to gęsty krem, ale też nie woda jednak trzeba uważać podczas aplikacji ponieważ farba z łatwością spływa z pędzelka ;/ No niestety.
 Za to jest bardzo wydajna i na moje półdługie włosy wystarczyło 1 opakowanie (a zazwyczaj używam dwóch, no chyba że farbuję tylko odrosty to wtedy 1 opakowanie sobie poradzi). Farbę Joanna Ultraplex Color nakładamy na zwilżone włosy. Po rozrobieniu farby okazało się, że tak naprawdę głęboka czerń jest granatową czernią. Ja akurat nie mam problemu z tym żeby moje włosy miały granatową poświatę, ale wiem że nie każdy tego chce. Tak więc uważam, że producent powinien zmienić nazwę, bo co niektórzy mogą mieć uzasadnione pretensje. Tym bardziej, że te granatowe tony widać nawet bez słońca.

Producent wspomina, że jeśli chcemy aby efekt koloryzacji był delikatny i mniej intensywny farbę należy pozostawić na ok 25 minut zaś jeśli zależy nam na wyraźnym kolorze farbę zostawiamy na max 40 minut. Ja miałam produkt ok 30 minut i mimo, że chciałam zostawić ją dłużej to już niestety trochę mnie skóra głowy piekła i musiałam farbę zmyć. Jest to na tyle dziwne, że ani seria Naturia, ani Multi Cream tak na mnie nie działają. Farba bardzo ładnie i szybko się zmywa. jest to dla mnie bardzo, bardzo duży plus. Można się jej też łatwo pozbyć ze skóry. Po umyciu na włosy nakłada się stabilizator na min 10 minut. Jako, że stabilizator jest bardzo treściwy ja trzymałam go ok 7 minut i już po tym czasie włosy były trochę za bardzo oklapnięte ;/ 
owszem były miękkie, delikatne, jedwabiste, ale też jak dla mnie za bardzo dociążone ;/  To co mnie zaskoczyło to to, że były matowe i co prawda na zdjęciach tego nie widać (zasługa lampy błyskowej), ale w rzeczywistości tak było ;/
Zazwyczaj inne farby wypłukiwały się przez kilka (a nawet kilkanaście) dni tutaj tego nie było. Już przy 3 myciu woda była czysta i ręcznik też ;p 
Podoba mi się ta farba jedynie przy następnym farbowaniu nie nałożę stabilizatora, bo jak dla mnie jest za ciężki, ale ogólnie włosy wyglądają dobrze, kolor jest głęboki i trwały. Jeśli spotkacie się z tą nową farbą od Joanny to koniecznie poznajcie się z nią osobiście ;)

Isana Sweet Feelings ... ciepło serca ...

Żele Isana lubię, co zresztą widać na blogu. Zwłaszcza ich jesienno-zimowe serie limitowane zdobywają moje serce ;) 
W zeszłym roku była wersja jabłkowo-karmelowa Forbidden Apple <recenzja klik>, a w tym roku jesień należy do Isana Sweet Feelings
Czy nazwa ciepło serca nie jest urocza ? No jest! Bez dwóch zdań! 
Już samo opakowanie kusi i zachęca. Do tego cena - niecałe 4 zł, a w promocji zaledwie 2 z groszami. Gdy tylko zobaczyłam to cudo na drogeryjnej półce wzięłam bez wąchania i to od razu 2 opakowania!
  Opis producenta uświadomił mnie w tym,że dobrze zrobiłam ;)
A zapach! zapach jest boski! Idealny na jesienne i zimowe wieczory. Isana Sweet Feeling to połączenie słodkiej wiśni z korzenną nutą lukrecji, ale ja wyczuwam tutaj też coś czekoladowego. Aromat zniewala mimo, że w kontakcie z wodą staje się subtelny, ale nadal jest ciepły i otulający. I mimo,że za lukrecją samą w sobie nie przepadam, to w tym żelu absolutnie mi nie przeszkadza ;)
Skład mimo, że typowo żelowy nic złego nie robi
Żel cudowanie pachnie, dobrze się pieni, delikatnie barwi wodę na wiśniowy kolor i sprawia, że każda kąpiel w jego towarzystwie jest niesamowitą przyjemnością ;) Czy można chcieć czegoś więcej za 4 zł ? ;)
Z jesiennych nowości Isany jest jeszcze żel Sugar plum o równie zniewalającym zapachu i zasługujący na osobny wpis ;)

Zarówno Isana Sweet Feelings jak i Sugar plum jest godna polecenia ;)

Bio-Selen + Cynk Pharma Nord

Zdania na temat suplementacji są podzielone. Ja należę do osób, które regularnie stosują suplementy diety, a jesienią i zimą to jest to u mnie obowiązkowe. Jednak o tym, że suplement suplementowi nierówny przekonałam się już wiele razy. Dlatego obecnie ufam jedynie duńskim suplementom diety Pharma Nord, które u nas są suplementami,ale w wielu krajach są lekami i przez to też muszą być badane i wytwarzane jak leki. Co to oznacza ? A to, że mam pewność iż przyjmowane kapsułki posiadają deklarowane składniki w odpowiednich proporcjach i są dla mnie bezpieczne. Czyli, że każda tabletka zawiera taką samą dawkę substancji czynnej, a jej skuteczność poparta jest badaniami, które bardzo często trwają kilka lat.

Produkty Pharma Nord są ze mną od kilku lat. Ich Bio-Quinone Gold <recenzja klik> kocham szczerą miłością i polecam każdemu, a zwłaszcza osobom mających stresującą pracę. Od kilku miesięcy stosuję również suplement Bio-C.L.A o którym napiszę Wam w przyszłym miesiącu, a dziś opowiem jak sprawdził się u mnie suplement diety Bio-Selen + Cynk

Suplement ten zalecany jest osobom z zaburzeniami tarczycy, ale nie tylko. Bo nie wiem czy wiecie, ale selen to bardzo ważny pierwiastek jeśli chodzi o prawidłową pracę tarczycy. A wierzcie mi, że nie każdy endokrynolog o tym wspomina. Selen nie tylko pozytywnie wpływa na tarczycę, ale ma także szereg innych właściwości fizjologicznych jak chociażby prawidłowe działanie układu nerwowego, układu odpornościowego, chroni komórki przed stresem oksydacyjnym, a także przyczynia się do dobrej kondycji skóry, włosów i paznokci ;)
Same pozytywy, prawda ?
W suplemencie poza selenem mamy także cynk oraz witaminy: A, C, E i B6. To połączenie sprawia, że preparat sprawdzi się u każdego. Zapewni nam nie tylko zdrowie i utrudnione łapanie jesiennych infekcji, ale także poprawi wygląd naszej skóry, włosów i paznokci. A poza tym nasz organizm lepiej będzie radzić sobie ze stresem, nasz wzrok będzie w lepszej kondycji, poprawi się stan naszych kości, stawów, dziąseł, zębów i chrząstek, a tarczyca również nam za ten preparat podziękuje ;)

Moja tarczyca już ma się lepiej ;) Wyniki mam lepsze i to bez zwiększonej dawki euthyroxu, a endokrynolog wierzyć nie chce, że to zasługa suplementu z selenem ;) Jak na razie moja odporność również jest lepsza niż chociażby rok temu mimo, że ogólnie mój stan zdrowia za dobry nie jest. Czy to zasługa tego suplementu ? Myślę, że tak ;) Co do skóry to też jest lepiej, ale włosy niestety nadal wypadają jak szalone ;/ No cóż nie można mieć wszystkiego. Tabletki nie są za duże, nie ma problemu z ich połykaniem. Nie mam też żadnych skutków ubocznych jak chociażby mdłości - a miałam tak po innych suplementach zawierających cynk.

Suplement Bio-Selen + cynk powoli mi się kończy i zobaczę czy bez tego suplementu moje wyniki, samopoczucie i zdrowie znów się posypią... Jeśli tak na pewno do tych drażetek wrócę tym bardziej, że miesięczna kuracja to koszt ok 40 zł w zależności od apteki. A 40 zł za dobre samopoczucie i lepsze wyniki to naprawdę niewiele ;)

Suplement ten zalecam każdemu. Zarówno kobietom jak i mężczyznom. Osoby mające problemy z tarczycą, hormonami, wiecznie zmęczeni, z anemią czy jesienną depresją, a także planujące zostać rodzicami również powinni poznać się z tym preparatem. Na pewno nie pożałujecie ;)

Olej jarzębinowy

Jarzębina to jeden z symboli jesieni. Wiem nic odkrywczego ... ale czy słyszeliście o oleju z jarzębiny??? Ja przyznam całkiem szczerze, że o oleju z jarzębiny (jarząb pospolity - Sorbus aucuparia -) dowiedziałam się podczas sierpniowego dnia ziół w chorzowskim skansenie 
Gdy na jednym ze stoisk zobaczyłam  totalnie dla mnie nowy olej jarzębinowym z Syberii wiedziałam, że chcę się z nim poznać osobiście. Jednak znając ceny naturalnych - nierafinowanych, zimnotłoczonych olei najpierw zapytałam o koszt tego cuda. Tani nie był, bo za 50 ml zapłaciłam ponad 30 zł (pewnie w necie jest taniej, ale wtedy nawet nie pomyślałam o tym żeby to sprawdzić). Sprzedawca zbyt dużo o tym oleju nie wiedział. jedynie to co jest napisane na buteleczce. Teoretycznie jest to olej spożywczy, który nie tylko uzupełnia dietę człowieka w potrzebne kwasy omega 3 i 6, ale także ze względu na dużą zawartość żelaza, wit. C i  E pomaga w walce z anemią, wspomaga odporność, obniża ciśnienie krwi, reguluje metabolizm cukrów, przywraca funkcje trzustki i śledziony, wspomaga wzrok, łagodzi artretyzm, ponoć pomaga pozbyć się mięśniaków macicy i zalecany jest przy chorobach tarczycy. 
W sumie jest to olej idealny na moje schorzenia ;)

Ja jednak nie sprawdziłam go wewnętrznie, ale jego właściwości antyoksydacyjne, przeciwzapalne i ochronne wykorzystałam zewnętrznie, czyli używałam go na skórę. Olej ma słomkowy kolor i charakterystyczny - lekko kwaskowaty zapach. Nie jest olejem ciężkim, ładnie się wchłania i pozostawia satynowy film. Na skórę problematyczną działa fantastycznie. Przepięknie łagodzi podrażnienia, uspokaja cerę, rozjaśnia ją i wygładza. Sprawia, że skóra staje się grubsza, a przez to jest bardziej odporna na działanie czynników zewnętrznych w tym atmosferycznych (jak chociaż silny wiatr). Zauważyłam, że delikatne naczynka poznikały, a większe są mniej widoczne. Cera wygląda na młodszą, wypoczętą, idealnie nawilżoną, zregenerowaną i zdrową. Olej stosowałam solo na noc zamiast kremu, czasami łączyłam go z żelem aloesowym wtedy nawilżenie było jeszcze lepsze - skóra wręcz piła to połączenie, a rano wyglądała pięknie i promiennie. Olej bardzo przypadł mi do gustu i chętnie jeszcze kiedyś do niego wrócę, ale na razie mam 7 nowych olei do przetestowania ;) 

Jeśli lubicie olejową pielęgnacje albo szukacie czegoś uzupełniającego dietę polecam Wam poznać się z olejem jarzębinowym ;)

Olej jarzębinowy poleca się nie tylko na jesienny czas ;) 

Eveline intensywnie odżywczy balsam do ciała malina nordycka

W drogerii ilość balsamów do ciała przyprawia o ból głowy. Można znaleźć balsamowe perełki, ale większość wg mnie to takie średniaczki. Kosmetyki Eveline moim zdaniem właśnie takimi średniaczkami są. 
Na konferencji Meet Beauty <relacja klik> otrzymałam kilka kosmetyków tej firmy. Między innymi zagościł u mnie intensywnie odżywczy balsam do ciała malina Nordycka z serii Eveline BodyCareMed
Eveline to dla mnie mistrz w obiecywaniu. Jak czytam opis ich kosmetyków to zastanawiam się ile oni płacą temu bajkopisarzowi co to wymyśla. W przypadku tego intensywnie odżywczego balsamu  producent obiecuje:
3-krotny wzrost poziomu odżywienia skóry, 48h przed przesuszeniem. 
Same ochy i achy! Można się zakochać w tych obietnicach!
A jaka jest rzeczywistość ? No nie jest źle, ale nie jest też tak cudownie jak zapewnia producent. Balsam radzi sobie z nawilżeniem skóry normalnej, ale uważam, że sucharki mogą czuć się trochę oszukane. Konsystencja kremu nie jest ciężka, balsam dobrze się rozsmarowuje, nie pozostawia tłustego filmu, ale też nie przynosi natychmiastowej ulgi czy ukojenia suchej skórze. Pachnie słodko, owocowo, ale nie malinowo. Zapach jest ok, ale zalatuje chemią. Skład balsamu jak na kosmetyk drogeryjny nie jest zły
Ale mimo wszystko działanie ma przeciętne. Nawilżenie jakie dalej ten balsam jest słabe, odżywienie ledwo odczuwalne czy zauważalne. Jedynie wygładza i zmiękcza skórę. Opakowanie jest duże co powinno być plusem tego balsamu, ale przez to, że on nic specjalnego nie robi to trochę się z nim męczę. Zużywam go w bardzo dużych ilościach - głównie do stóp. Balsam posiada pompkę co również powinno być plusem, ale gdy teraz została mi 1/3 produktu to mam problem żeby wydobyć go za pomocą pompki ;/ 
I jest to już chyba 3 balsam tej firmy, z którym mam ten problem. Nie potrafię wykorzystać go do końca, bo pompka pod koniec przestaje dozować produkt ;/

Nie jest to zły balsam, ale daleko mu do dobrego. Jego cena to ok 15 zł za 350 ml uważam, że za taką kwotę można kupić lepiej działający balsam do ciała. Ja raczej fanką kosmetyków do pielęgnacji ciała i twarzy Eveline nie zostanę i nie planuję zakupu jakiegokolwiek ich balsamu czy kremu do ciała. Jedynie ich kolorówka się u mnie sprawdza i przy niej zostanę.

A jaki jest Wasz stosunek do balsamów i innych kosmetyków Eveline ?

Weekendowa kosmetyczka

Weekendowy wypad za miasto to idealny czas na wykorzystanie zalegających w  szufladzie próbek. Zazwyczaj na takie wyjazdy moja kosmetyczka wypełniona jest jednorazowymi saszetkami. Ostatni weekend spędziłam w górach, a razem ze mną pojechały takie oto próbki ;)
Najbardziej ciekawa byłam jak sprawdzą się chusteczki z płynem micelarnym Tołpa dermo face physio do oczyszczania twarzy i oczu. Sam pomysł super, ale w sumie bardzo się rozczarowałam. Chusteczki są maciupkie i owszem dobrze zmywają twarz, ale trzeba ich użyć naprawdę sporo żeby dobrze zmyć makijaż. Niestety do oczyszczania oczu się nie nadają, bo moje oczy bardzo podrażniły i spowodowały takie łzawienie, że moje krople do oczu miały problem żeby sobie z tym podrażnieniem i szczypaniem poradzić ;/
Jak już jesteśmy w kwestii demakijażu to żel do oczyszczania twarzy Bioderma Sebium bardzo dobrze się sprawdził i być może kiedyś skuszę się na pełnowymiarowe opakowanie. Peeling do ciała  z Alma K. użyłam do twarzy i sprawdził się super! Skóra była idealnie gładka, ale nie podrażniona czy zbyt mocno złuszczona. Z przyjemnością kupię ten peeling w pełnowymiarowym opakowaniu ;) Za to płyn micelarny Bioderma Sebium już mnie tak nie zachwycił, bo trochę się pienił, pozostawiał taki trochę lepki film i ogólnie nasz pierwszy raz nie zaliczam do udanych. Na noc użyłam kremu Mincer Vita C. Infusion i mimo, że jest to krem przeznaczony do cer suchych to moja mieszana w kierunku tłustej skóra dobrze na niego zareagowała. Krem nie jest bardzo ciężki i dobrze się wchłania, rano skóra była ukojona, jasna i bardzo dobrze nawilżona. Ten krem również chętnie kupię i zobaczę jak się sprawdzi przy codziennym używaniu. Pod prysznicem towarzyszyły mi saszetki żelu Le Petit Marseillais kwiat pomarańczy, który bardzo dobrze znam - <recenzja klik>. Jeśli chodzi o saszetki to jednak radziłabym producentowi ułatwić ich otwieranie, bo pod prysznicem było to bardzo trudne do wykonania zadanie. Tak wyglądała moja weekendowa pielęgnacja wieczorna. A rano po umyciu twarzy żelem i użyciu micela  z Biodermy umyłam włosy szamponem Swiss Image alpejska róża. Szampon bardzo dobrze się pieni, ma delikatny zapach i sprawia, że włosy są niesamowicie błyszczące, miękkie, puszyste i takie piórkowate. Może to też wina wody, bo moje włosy dziwnie reagują na górską wodę i zawsze trudno mi je ułożyć. Niekoniecznie spodobał mi się efekt jaki ten szampon dał na moich włosach. Ale mam jeszcze kilka tych próbek więc zobaczę czy ta lekkość i piórkowatość to wina szamponu czy wody ... Jedynie trochę się obawiam łupieżu, bo szampon jest perlisty, a jak już wiecie ja po takich szamponach zazwyczaj mam łupież ;/ 

Pielęgnacja poranna bazowała na nowościach. Krem, który był ze mną to emulsja zwężające pory Bandi Sebum Care... i w tym kosmetyku się zakochałam po pierwszym użyciu. Efekt photoshopa gwarantowany!!! I mimo, że się wydaje, że ta emulsja wcale lekka nie jest to wchłania się do matu, rewelacyjnie zwęża pory i zostawia skórę taką napiętą, wygładzoną ale i nawilżoną. Zachwycił mnie ten produkt i na pewno kupię pełnowymiarowe opakowanie, bo jestem ciekawa czy ten efekt wow będzie utrzymywać się przez dłuższy czas ;)

Jeśli chodzi o kolorówkę to również pojawiły się nowości. Mimo, że obiecałam, że z rossmanowej promocji nie skorzystam to po drodze zatrzymaliśmy się na kawę w takiej mini galerii gdzie był rossmann i .... no weszłam ;p
Skusił mnie nowy podkład Eveline Liquid Control HD, który do złudzenia przypomina słynny Catrice HD Liquid Coverage <recenzja klik>. Jestem już po 2 użyciach i jak na razie jestem zachwycona. Kolorki są jasne i nie ciemnieją w ciągu dnia za co duży plus. Ja wybrałam light vanilla i jest to taki piękny jasny żółty odcień. Na mojej różowej skórze wygląda idealnie.Sam podkład mimo, że jest lekki i ma płynną konsystencję to jest podkładem zastygającym o bardzo dobrym kryciu, nie dającym efektu maski. Razem z emulsją Bandi cera prezentowała się nienagannie przez calutki intensywny i bardzo słoneczny dzień ;) Jednak szersza recenzja pojawi się za kilka tygodni ;)

Dajcie znać jak wygląda Wasza weekendowa czy wyjazdowa kosmetyczka ;) Bierzecie ze sobą pełnowymiarowe opakowania ? odlewki ? czy tak jak ja wykorzystujecie wyjazd na wypróbowanie gratisowych saszetek ? ;>

Paul Mitchell Tea Tree Lemon Sage Thickening Spray

Profesjonalne kosmetyki do włosów Paul Mitchell to dla mnie kompletna nowość. Pewnie gdyby nie spotkanie blogerek w Katowicach <relacja klik> dalej żyłabym w nieświadomości. A jak się okazuje marka Paul Mitchell jest bardzo znana (i lubiana) w USA, w Europie jeszcze nie wszyscy o niej wiedzą, a w Polsce dopiero się poznajemy mimo, że firma istnieje już ponad 30 lat ;)
Pierwszym kosmetykiem Paul Mitchell który poznałam jest lekki spray dodający włosom objętość Lemon Sage Thickening Spray. Co prawda ja nie narzekam na brak objętości, ale ten spray poza tym, że ma włosy pogrubiać, odbijać i sprawiać, że stają się puszyste, to dodatkowo zapewnia ochronę przed wilgocią oraz chroni przed promieniowaniem UV. Jest to produkt z pogranicza pielęgnacji i stylizacji. Skład produktu  jest jak najbardziej na plus - zobaczcie jak wysoko jest olejek z drzewa herbacianego.
Działanie mnie trochę zaskoczyło, ale może to dlatego, że pierwszy raz mam tego typu kosmetyk. Jest to spray o bardzo lekkiej formule, który absolutnie nie obciąża czy przetłuszcza włosy. Wręcz przeciwnie - zapewnia, że włosy są dłużej świeże. Tak jak zapewnia producent spray pogrubia włosy i po wysuszeniu są one lekko sztywne (coś jak po piance), ale nadal są elastyczne i można je dowolnie układać. 
Z tym sprayem włosy o wiele szybciej się suszą, nie puszą się (nawet przy bardzo dużej wilgotności), nie elektryzują się. Fryzura dłużej utrzymuje nadany kształt - wygląda nienagannie przez calutki dzień, a rano włosy są świeże jak po umyciu. Wiem, że brzmi to nieprawdopodobnie, ale faktycznie tak jest ;) Serio!
Forma aplikacji jest taka jak lubię - czyli mgiełką spryskujemy umyte, wilgotne włosy,a następnie suszymy i stylizujemy. Włosy są lekkie, błyszczące, elastyczne,widocznie pogrubione i odświeżone. Moje włosy bardzo się z tym produktem polubiły i nawet przy codziennym stosowaniu nie pojawił się łupież. Jest to też kosmetyk bardzo wydajny, a jego cena wcale nie jest wygórowana, bo za 75 ml zapłacimy ok 36 zł. Kosmetyk nie jest dostępny stacjonarnie (jedynie w salonach fryzjerskich), ale w internecie na pewno kupicie go bez problemów chociażby na stronie miasto włosów ;) 

Ja ten produkt szczerze polecam, bo moje włosy mimo, że są kapryśne bardzo dobrze po tym sprayu wyglądają. Na pewno jest to ulubieniec ostatnich tygodni ;)


Bell Mat Liquid Lips nr 03 i 04

Pomadek do ust to mam sporo w kolekcji i szczerze przyznam, że gdy tylko zobaczę coś nowego, jakiś ciekawy kolor czy po prostu formuła mnie zainteresuje to nie mogę sobie odmówić zakupu. Tak!!! podkładomaniaczka, pomadkomaniaczka i żelomaniaczka to ja ;p Ale dobrze mi z tym więc nie będę tego zmieniać ;)  Dlatego obecnie moja kolekcja liczy ponad 30 sztuk pomadek, kredek itp. Najwięcej jest oczywiście czerwieni ;) Lubię mocno podkreślona usta choć nie powiem mam też swoje ulubione różowe pomadki jednak żadnego beżowego nudziaka u mnie nie znajdziecie
Matowe pomadki w płynie Bell Mat Liquid Lips kupiłam w biedronkowej szafie Bell. Z tego co wiem nadal są dostępne i jeśli lubicie matowe usta to warto się z tymi pomadkami bliżej poznać. Tym bardziej, że ich cena to ok 8 zł.
Do wyboru jest chyba 5 odcieni. Ja mam nr 03 i 04
Odcień nr 03 to piękny, brudny róż - love story -, który niesamowicie mi się spodobał. Jednak jak się okazało kolor ten jest identyczny jak moje naturalne usta i na zdjęciach wypada trochę blado. Pomadka jest lekka - nie obciąża ust choć po kilku godzinach trochę ją czuć na ustach, ale to bardziej przez to że delikatnie (!!!) wysusza usta.  Bardzo łatwo się ją aplikuje i nie trzeba być mistrzem w malowaniu ust żeby jej używać. Mat pojawia się po kilku minutach. 
Trwałość jest dobra, bo pomadka przez dobrych kilka godzin jest na ustach nawet gdy jemy czy pijemy. Oczywiście, że bardzo tłuste potrawy spowodują szybsze jej znikanie jednak kawa i kanapka jej nie ruszą.
 Odcień 04 to już typowa czerwień - romance -  Zapewne nie każda dziewczyna będzie się w niej dobrze czuć. Ja jednak lubię takie mocniejsze kolorki i nie rezerwuję ich tylko na wieczór ;p 
Pomadka ma identyczną konsystencję jak siostra nr 03 jednak mat już nie jest aż tak matowy, powiedziałabym, że wykończenie romance jest bardziej satynowe co też widać na ustach. Ale na dłoni wygląda ona na bardziej matową. Nie wiem dlaczego tak waśnie jest. Zresztą sami zobaczcie
Na zdjęciu powyżej zobaczycie zestawienie kolorów 03 i 04 z pomadką Bell Moroccan Dream w kolorze nr 05 <recenzja klik>

Oba kolory bardzo lubię i dość często noszę choć w nr 03 czuję się trochę mdło (w rzeczywistości nie jest to aż tak blado jak na zdjęciu). Raczej innych kolorów z tej serii nie kupię, bo żaden z nich nie skradł mojego serca. Jednak jeśli jeszcze nie znacie tych pomadek z biedronkowej szafy to skuście się, a nie będziecie żałować ;)


Specjalistyczny płyn do demakijażu oczu i zagęszczonych rzęs Bielenda Expert czystej skóry

Do demakijażu oczy najczęściej używam ogólnego płynu micelarnego, ale nie każdy się do tego nadaje. Niestety! Wiele mimo zapewnień producenta, że dany micel jest do tego przeznaczony szczypie w oczy, podrażnia i powoduje łzawienie. Dlatego też w zeszłym miesiącu podczas dość dużej promocji (-50% m.in na kosmetyki Bielenda) w drogerii Endorphine skusiłam się na specjalistyczny płyn do demakijażu oczu i zagęszczonych rzęs Bielenda Expert czystej skóry
Jest to nowy płyn Bielendy, który sprawdzi się zarówno w normalnym demakijażu oczu jak i skutecznie, a jednocześnie bezpiecznie pozwoli oczyścić skórę, na której zrobiony jest makijaż permanentny lub gdy jesteśmy posiadaczkami  sztucznych rzęs. 
Jak dla mnie jest to bardzo dobry micel, który skutecznie usuwa nawet najmocniejszy i najbardziej wodoodporny makijaż, a jednocześnie nie podrażnia delikatnej okolicy oczu. Ani razu nie zdarzyło mi się żeby moje oczy zareagowały szczypaniem, podrażnieniem czy łzawieniem. Ten płyn jest na tyle dobry, ale i łagodny, że używam go w pracy podczas demakijażu oczu moich klientek. Jeszcze żadna z nich się nie skarżyła. 

Tak więc szczerze Wam ten specjalistyczny płyn micelarny polecam. Tak jak wspomniałam kupiłam go w katowickiej drogerii Endorphine (galeria Katowicka poziom-1) w bardzo promocyjnej cenie - niecałe 6 zł.

Skusicie się ?;>

Dove Deeply Nourishing pianka do mycia ciała i twarzy

Pianki czy musy do mycia ciała nigdy mnie zbytnio nie interesowały. Owszem lubię poznawać nowe mydajełka, ale jednak żele pod prysznic są dla mnie nr 1.
Musy pod pod prysznic Nivea średnio się u mnie spisały <recenzja klik>, <recenzja klik> dlatego też pianki do mycia Dove mimo sympatii do marki wcale mnie nie kusiły. Jednak z początkiem września otrzymałam od zespołu Meet Beauty przypomnienie o IV edycji tej najlepszej blogowej konferencji. A wraz z przypomnieniem dostałam 3 kosmetyki Dove... między innymi w paczce znalazłam piankę do mycia ciała Dove Deeply Nourishing
Z ciekawości od razu trafiła do łazienki i w sumie od pierwszego użycia stała się ulubieńcem ;) Zapach pianki jest przepiękny - pachnie tak jak moje ulubione klasyczne mydełko, a nie przepraszam - kostka myjąca Dove  <recenzja klik>
Zapach jest kremowy, otulający, jak dla mnie niesamowicie przyjemny ;) Producent na opakowaniu zbyt wiele nie obiecuje, ale na stronie doczytałam, że pianka ma delikatnie, ale skutecznie oczyszczać skórę i jednocześnie ją odżywiać oraz nawilżać. Skład pianki jest dość łagodny
Uważam, że jak na drogeryjny produkt do mycia pianka Dove jest jedną z lepszych i  delikatniejszych. Sama pianka jest puszysta, nie traci szybko konsystencji, dobrze się rozprowadza i jest wydajna. 
Do umycia całego ciała wystarczą 4 pompki ;)
Tak jak zapewnia producent pianka doskonale skórę oczyszcza, ale jej nie przesusza. Jest to delikatny produkt myjący, który pozostawia skórę miękką, jedwabiście gładką, czystą, nawilżoną i pachnącą ;) Czy można chcieć coś więcej od kosmetyku stosowanego do kąpieli ? Jak dla mnie działanie tej pianki jest na 6 i z przyjemnością poznam pozostałe 2 warianty zapachowe. Producent wspomina, że piankę można również używać do twarzy. Ja co prawda do mycia buźki mam masę innych kosmetyków, ale użyłam jej kilka razy po demakijażu i również dobrze się sprawdziła, bo cerę doczyściła, a jednocześnie nawilżyła. Jedynie cena tej pianki jest trochę dyskusyjna, bo za 200 ml producent życzy sobie ok 20 zł - to dużo, ale może w promocji uda mi się ją kupić przynajmniej o 5 zł taniej. Osobiście szczerze polecam i na pewno nie jest to mój ostatni raz z pianką do mycia Dove ?

A Wy lubicie myć się piankami ? Znacie nowość Dove ?

Odżywczy krem do rąk Biolaven

Kremy do rąk idą u mnie jak woda. 
Używam ich kilka razy dziennie, a czasami nawet kilkanaście. W każdej torebce mam inny krem, w szafce w pracy też się jakiś znajdzie, a w domu to jedynie w toalecie nie mam żadnej tubki kremu ;p
W ciągu miesiąca poznaję przynajmniej kilka różnych kremów, o których nie zawsze Wam piszę. Dzisiaj jednak opowiem Wam o kremie do rąk Biolaven mimo, że kosmetyki z tej winogronowo-lawendowej serii Sylveco kompletnie mi nie podpasowały ;/
Odżywczy krem do rąk Biolaven ma bardzo lekką, błyskawiczinie wchłaniającą się formułę. Nie powiedziałabym, że jest to krem odżywczy... wygładzający i lekko nawilżający tak, ale odżywczy czy regenerujący niekoniecznie. Zapach tego kremu jest typowo winogronowy, ja tutaj (tak jak w całej serii) lawendy za chiny ludowe nie czuję ;/ Zapewnienia producenta są bogate, ale jak dla mnie jest to bardzo przeciętny krem o dobrym składzie
Sami zobaczcie - skład naprawdę na 5, ale działanie jakoś mnie nie przekonuje, a zapach wręcz zniechęca do stosowania ;/  Co robi ten krem ? Działa poprawnie, ale bez efektu wow. Błyskawicznie się wchłania więc świetnie sprawdzi się do używania w ciągu dnia. Momentalnie wygładza, zmiękcza i nawilża dłonie. Przy czym to nawilżenie nie jest jakieś spektakularne. Tak więc krem jest ok, ale jego działanie nie zachwyciło mnie na tyle żeby kupić kolejne opakowanie.

Cena kremu to ok 15 zł czy to dużo, czy mało trudno mi powiedzieć. Krem jest wydajny, ma dobry skład, nie klei się, nie zostawia tłustej warstwy, ale też działanie ma przeciętne.

Znacie ten krem do rąk ? Podoba Wam się zapach kosmetyków Biolaven ?

Uwaga bubel!!! Lirene serum C+D Pro vitamin Energy

Seria kosmetyków z witaminą C i D od Lirene wywołała na blogach spore zainteresowanie. Początkowo czytałam same ochy i achy. Większość blogerek rozpływała się pisząc o tych żółtych kosmetykach (obecnie sądzę, że te zachwyty nie tyle były nad produktem, a nad tym, że kosmetyk otrzymały za darmo). Nie powiem byłam ciekawa zwłaszcza serum tzn. StimueSerum C+D vitamin energy  (bo sama nazwa serum to za mało) ale, że nie jestem fanką kosmetyków Lirene i ich nie kupuję to nie miałam w planach jego kupna mimo sporej ciekawości. 
Mimo wszystko serum znalazło się w mojej kosmetyczce,a to za sprawą III edycji Meet Beuty <relacja klik>. Serum dość długo czekało na otwarcie,a to dlatego, że skład tego kosmetyku nie zachęca, a wręcz odstrasza (przynajmniej mnie). Jednak zaryzykowałam i dziś mogę Wam to serum szczerze odradzić.

Producent obiecuje cuda na kiju. Matko ile tutaj jest obietnic, jakie cuda ma to serum zrobić, a później wystarczy zerknąć na skład i... czar prysł
Drogie Lirene gdzie Wy znajdujecie takich bajkopisarzy ? ;>

Wizualnie serum prezentuje się pięknie. Szklana buteleczka z pompką,pomarańczowe dodatki. Pięknie!Choć z drugiej strony bezbarwne opakowanie nie sprzyja stabilności witaminy C ...
Pompka trochę pluje, a zakrętka ciągle się odkręca ;/ Tak więc owszem wszystko wygląda pięknie, ale w praktyce już tak cudownie nie jest.

Samo serum jest żelowe (ma w sobie zatopione kapsułki z wit. E), przyjemnie pachnie, ale pozostawia skórę lepką i lekko ściągniętą
Producent zaleca stosowanie tego serum na noc pod krem z serii. Wspomina też, że jest to produkt przeznaczony do cer 30+.
Ja niestety zbyt długo tego serum nie stosowałam, a to dlatego, że pogorszyło ono stan mojej cery. Po pierwsze podrażniało. Na serum stosowałam moje autorskie serum olejowe, które sprawia, że rano moja cera jest jasna, uspokojona, miękka, nawilżona, odżywiona i wygląda zdrowo. Po nocy z tym serum niestety cera była zaczerwieniona, podrażniona i co najgorsze ściągnięta. Zero obiecanego rozświetlenia, ultrawygładzenia czy nawilżenia. Nic! A wręcz przeciwnie! Cera była przesuszona, podrażniona, bardziej wrażliwa i powyskakiwało kilka niedoskonałości ;/ 

Postanowiłam używać to serum na dekolt, ale i tutaj wywołało ono więcej szkód niż pożytku. Obietnice ładnie wyglądają na kartoniku, ale w rzeczywistości to serum szkodzi i co najgorsze wysusza skórę (zobaczcie jak wysoko jest alcohol denat.). Osobiście nie polecam !!! To serum sprawia, że moje zdanie na temat kosmetyków Lirene pozostanie takie jak było, czyli: ładnie wyglądają, ale składy nie są warte nawet 5 zł.

Odradzam ten kosmetyk!!!

Kąpiel odprężająca - lawenda z mleczkiem waniliowym Farmona Herbal Care

Wszystko co lawendowe jest u mnie mile widziane. Kocham lawendę pod każdą postacią jednak najczęściej otaczam się lawendą w kąpieli. Dlatego też gdy zobaczyłam żel pod prysznic i do kąpieli  Farmona Herbal Care  kąpiel odprężająca lawenda z mleczkiem waniliowym  bez zastanowienia, nawet nie wąchając kupiłam ;)
Zapach tego żelu to poezja! Przecudna prawdziwa lawenda w połączeniu z wanilią to rozkosz dla nosa i lawendoholiczki !!!
Kąpiel z dodatkiem tego żelu to coś na co czekam cały, długi dzień. Nic tak jak ten żel nie zrelaksuje, nie odpręży, nie poprawi humoru!!! A, że mój humor jest ostatnio do D.... to naprawdę potrzebuję takich pozytywnych bodźców.
Opis producenta jest bogaty i jak dla mnie sporo z tych obietnic ma pokrycie w rzeczywistości

Żel faktycznie uspokaja i przywraca wewnętrzną równowagę, Skóra jest oczyszczona, miękka i gładka, ale z tym dogłębnym nawilżeniem to spora przesada. Skład żelu nie jest najgorszy, ale jednak wcale taki "zielarki" nie jest. Znajdziemy tutaj SLES, ale też olejek lawendowy, ekstrakt z kwiatu wanilii czy olej słonecznikowy. Formuła żelu jest lekko oleista, ale nie jest to typowy olejek.

Jak dla mnie jest to  rewelacyjny umilacz kąpieli, który kupiłam w biedronce za 7 czy 8 zł. Na bank kupię kolejną buteleczkę, a także z przyjemnością poznam inne warianty zapachowe ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...